“W naszej firmie stawiamy na najlepsze rozwiązania”. (wygenerowane przez AI)
Nikomu nie trzeba przypominać, jak dużych zmian w branży kreatywnej jesteśmy świadkami i uczestnikami. Dotyczy to również sposobu, w jaki zdobywamy klienta. Brnąc przez jesienne zamówienia zauważyłem, że jedno się chyba nigdy nie zmieni: cena decyduje o wszystkim. Co my na to?
Warto czasem przegrać. Zawsze z wyrozumiałością traktowaliśmy sytuacje, gdy zamawiający odrzucił naszą ofertę na rzecz kogoś innego, bo ten trafniej zaadresował jego potrzeby, lub — nie oszukujmy się — był zwyczajnie lepszy, bardziej wiarygodny. Zostawał tylko żal z powodu niewykorzystanej szansy, ale nie przesłaniał sensu starania się o lepszą jakość w przyszłości. Bo to my moglibyśmy stać się tym, kto wygrał. Więc: czapki z głów, może następnym razem.
Przeciwieństwem jest sytuacja, w której konkurencja bierze połowę za usługę, którą wyceniamy niemal ze szkodą dla perspektyw istnienia firmy. Takim oferentem zdecydowanie nie chcielibyśmy się stać. Nic po nas na rynku, który tak zawiesza poprzeczkę i w imię cięć zgadza się na ich skutki.
Brak budżetu plus Twój wykonawca, który zgadza się na wszystko, przypomina picie wody z kałuży. Tanio, tylko po co w ogóle to robić? Ironicznie, decydują się na to ludzie, którzy równocześnie spędzają wakacje w Azji (a nie na działce), dojeżdżają do pracy własnym autem (a nie zbiorkomem), a budując dom nie postanowili opalać go połamanymi paletami, lecz grzać nowoczesnym kotłem gazowym. A ich pracodawca płaci za siedzibę w centrum, nie kontener na wylotówce.
Zatrudniają obietnicę, nie profesjonalistę. Co to o nich mówi?
Skutkiem takiego postępowania jest usługa realizowana przez przeciążony "zespół", w rzeczywistości będący niewyspanym freelancerem, którego w przypadku wylotu za bandę NIKT nie zastąpi przy braku procedur ratunkowych, rozproszenia zadań itp. Mierzone ilością obowiązków w czasie, "duże" zadania mogą kosztować mniej tylko jeśli oczekuje się nieludzkiej produktywności pracowników, lub pracy poniżej stawek. Wykonawca, który zmuszony jest zlecać półdarmo, dziś pracuje sam i nie będzie tego robił wyśmienicie w nieskończoność. Co jeśli wyłoży się na Twoim projekcie?
Nie, AI nie uratuje tego bilansu. W maleńkich projektach nic się samo nie generuje, ktoś musi to mieć czas przemyśleć, zaplanować, zlecić, zweryfikować i odsiać slopowe otręby. Skórka nie warta wyprawki, zwykle.
Finansowy drenaż rynku postępuje i tak, ale winni tempa upadku jesteśmy również my, którzy już dawno przekroczywszy w drodze w dół próg zarobków kasjera dyskontu, dalej wierząc w misyjność zawodu godzimy się na urągające przyzwoitości stawki i terminy.
To nigdy nie omieszka odbić się na jakości. Dlatego np. umierający Internet zalewa gówno, porywając w swój nurt marki razem z decydentami. Miłego tonięcia nam wszystkim, przyjaciele!